Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Gombrowicz - poziom HARD

Gombrowicz - poziom HARD


Przy okazji noworocznych porządków robionych na komputerze, dokopałam się do kilku powstałych ładnych parę lat temu tekstów pamiętających jeszcze czasy, gdy moje jestestwo gościło w Krakowie. Postanowiłam więc, że uchronię je przed zaginięciem gdzieś w czeluściach komputerowego dysku i niektóre opublikuję na blogu. Pierwszy z tekstów tyczy się fantastycznego pisarza, jakim był Gombrowicz i bardzo nieudanej, a zarazem przykrej próby uczczenia jubileuszu 75-lecia powstania Ferdydurke. Zapraszam do lektury!
*****************



Gombrowicz, Gombrowicz, Gombrowicz! Ale Gombrowicz… Gombrowicz… i ja? Tak! Odkąd dowiedziałam się, że Instytut Literacki organizuje konferencję naukową zatytułowaną Ferdydurke is not dead, chodziłam jak zahipnotyzowana. Na samą myśl o spędzeniu kilku godzin z tymi wszystkimi gębami, pupami i łydkami rozpływałam się w powietrzu. Nie mogąc usiedzieć spokojnie, musiałam podzielić się tą radosną nowiną ze znajomymi. Uwiesiłam się więc na słuchawce telefonicznej i wielce entuzjastycznym tonem krzyczałam: Gombrowicz w Krakowie! Rozumiesz to? Rany, ale numer! Chyba padnę trupem! I rzeczywiście – prawie padłam. Tyle że z zażenowania.

Po tygodniu bezustannego wyczekiwania mój wymarzony gombrowiczowski dzień nareszcie nadszedł. Punktualnie w godzinie rozpoczęcia spotkania, otworzyłam oczy. No świetnie – myślałam – zaspać na Gombrowicza. Ale wstyd! Oczywiście, kolejnych trudności wcale nie musiałam szukać daleko. Po iście umoralniającym monologu wewnętrznym, czekały mnie teraz dylematy topograficzne. Kiedy długie wojaże ulicami królewskiego miasta zdawały się nie mieć końca, zrezygnowana spojrzałam na tabliczkę jakiejś wysokiej kamienicy. Trafiłam! 

Instytut Literacki świecił pustkami. Poza wyraźnie znudzonym panem portierem,  trudno było tam znaleźć żywą duszę. Nie tracąc jednak zapału, ruszyłam w stronę Sali Mehofferowskiej, gdzie miała trwać konferencja. Tuż obok drzwi audytorium, moją uwagę przyciągnął stojący na środku stołu duży, szklany pojemnik. Zajrzałam więc do środka, a tam… przypinki z Gombrowiczem! Uradowana znaleziskiem, wypchałam swoją kieszeń garścią aluminiowych bajerów i podekscytowana przekroczyłam próg auli. Ku mojemu zdziwieniu, w przystrojonej jubileuszowymi plakatami sali, również nikogo nie zastałam.  Wtedy spojrzałam na zegarek – kolejny wykład miał być dopiero za pół godziny.

Kiedy wybiła 15.30, frekwencja zainteresowanych zaczęła stopniowo wzrastać. Skala wiekowa przybywających osób stawała się coraz bardziej zróżnicowana. Trudno było jednak nie zauważyć, że zdecydowaną większość widowni stanowili ludzie młodzi. Czekając na przybycie jednego ze spóźnionych organizatorów jubileuszu 75-lecia wydania Ferdydurke, słuchałam pełnych uznania słów jakiejś ledwo poznanej dziewczyny. Już nie mogę się doczekać wystąpienia Chwina. Kiedy byłam dzieckiem, czytałam jego książki! – mówiła podekscytowana.

Zapadła cisza. Uwaga wszystkich obecnych została zwrócona ku stojącemu na środku sali Jerzemu Jarzębskiemu. Tak, to przecież ten słynny badacz autora Pornografii! Po krótkim wprowadzeniu profesora, głos zabrał pierwszy z zaproszonych gości – Jan Gondowicz. Wykład zatytułowany Łydczaność referent poprzedził krótką informacją: Kiedy będę cytował Gombrowicza, podniosę lewą rękę! – śmiał się. Jego wystąpienie miało charakter nad wyraz groteskowy. Widok uniesionej niemal przez cały czas kończyny w połączeniu z ciągłą modulacją głosem, poskutkował rozbawieniem publiczności. Najbardziej uradowany wydał mi się jednak pewien siedzący w ostatnim rzędzie mężczyzna, którego stan totalnej euforii dopadał dosłownie po każdym zdaniu Gondowicza.

Drugi wykład należał do Pawła Rodaka. Przedmiotem wypowiedzi badacza stał się temat najważniejszej powieści Gombrowicza w korespondencji jej autora z wydawcami. Niezwykle ciekawe i śmieszne opowieści dotyczące perypetii polskiego pisarza, zostały wzbogacone zdjęciami okładek trzech głównych zagranicznych wydawców Ferdydurke. Niestety, wskutek spóźnienia jednego z organizatorów konferencji, referent musiał znacznie skrócić swoje wystąpienie. Przykrym aspektem tego wykładu okazało się również zachowanie publiczności. Poziom kultury co poniektórych słuchaczy przyprawiał o prawdziwy zawrót głowy. Dochodzące zewsząd oznaki braku znajomości podstawowych zasad savoir-vivre’u wywoływały u mnie chęć wskazania niektórym młodym ludziom drzwi wyjściowych.

Ostatni z prezentowanych wykładów poprowadził tak długo wyczekiwany przez siedzącą na sąsiednim krześle dziewczynę Stefan Chwin. Patrz, to jest właśnie on! – mówiła rozpromieniona. Referat dotyczący grzechów autora Ferdydurke przeciwko wolności wywołał prawdziwą wrzawę. Nie była to jednak ukochana przez pisarza wojna na miny, a na prawdziwie obelżywe słowa. Uczestnicy tej wstrętnej dyskusji usiłowali rozliczyć biednego jubilata z jego najlepszej powieści. Huzia na Gombrowicza! – zdawał się przez swoje pytania wykrzykiwać Król – Chwin. Czy Ferdydurke miało prawo powstać? Kim Gombrowicz byłby  w Auschwitz? Czy Ferdydurke mogłoby komuś pomóc w obozie koncentracyjnym? Zarzucanie się pseudoargumentami mającymi zmieszać wybitnego polskiego literata z błotem trwało około godziny. Po tak długim czasie, jednemu ze słuchaczy puściły nerwy: Skończmy już tę jałową dyskusję! To zakrawa o absurd i do niczego nie prowadzi! - zaapelował podniesionym tonem. Niestety, i tym razem zdroworozsądkową opinię zepchnięto na margines: Pańska wypowiedź jest zniewagą wobec omawianej sprawy! –  z typowo polską zawziętością ciągnął dalej Chwin.

Wzajemne przepychanki zdawały się trwać bez końca. Z wielką przykrością obserwowałam pełnych ignorancji uczestników festiwalu, odprawiających na moich oczach wspomniany niegdyś przez Elżbietę Morawiec tragiczny rytuał mszy ludzko – ludzkiej. Ofiarą ceremoniału stał się jednak nie tyle zbombardowany inwektywami autor Ferdydurke, co zafascynowana Chwinem dziewczyna. Gombrowiczowski jubileusz przyniósł nieodżałowaną stratę dla młodego człowieka. Po raz pierwszy w życiu byłam bowiem świadkiem upadku autorytetu. 

piątek, 31 sierpnia 2018

Magiczna noc w magicznym mieście

Magiczna noc w magicznym mieście

artysta Jarosław Koziera, latające ryby, Stare Miasto w Lublinie, lubelscy artyści, kolorowe lampiony, kultura w Lublinie, magiczne miasto cadyka, kamienice lubelskie, Lublin nocą, miasto nocą, najlepszy festiwal w Lublinie, najlepszy darmowy festiwal w Polsce, kultura w Polsce, kultura w Lublinie, niezapomniane chwile

Lublin jest miejscem niezwykłym. To przestrzeń, gdzie kultura chrześcijańska przenika się z kulturą żydowską, pełna tajemniczych zaułków, krętych i wąskich uliczek, a w końcu nader kreatywnych ludzi. Artystyczna dusza Lublina uwidacznia się najpełniej podczas jednej z najpiękniejszych nocy w roku, a mianowicie – Nocy Kultury. Właśnie wtedy bowiem w mieście cadyka Jakuba Icchaka Horowica głównie regionalni, ale też przybyli z innych stron twórcy dzięki połączeniu lubelskiej przestrzeni z różnymi formami sztuki dokonują na oczach całego świata rzeczy wyjątkowych.
Noc Kultury to festiwal miejski odbywający się w pierwszych dniach czerwca, który nieprzerwanie już od jedenastu lat zarówno wśród polskich, jak  i zagranicznych gości cieszy się ogromną popularnością. Jego corocznym organizatorem są Warsztaty Kultury w Lublinie, a więc dawna Filia Centrum Kultury w Lublinie. Wydarzenie to, za sprawą szeregu pobudzających wyobraźnię instalacji, pokazów, wystaw, spektakli teatralnych czy koncertów  inspiruje do obrania nowej perspektywy wobec lubelskiej przestrzeni, odkrywając przed uczestnikami festiwalu nieznane dotąd oblicze miasta. Istotną rolę w zmieniającym się wizerunku Lublina pełni towarzyszące każdej edycji hasło przewodnie, stanowiące zarazem główną tematykę imprezy. Dewiza tegorocznej  odsłony Nocy Kultury to „MiastoMomenTy”, pod którą kryje się pełna niezapomnianych chwil podróż w głąb przedwojennej historii miasta i jego mieszkańców.
Głównym punktem programu jedenastej edycji wydarzenia uczyniono wskrzeszoną na nowo ulicę Krawiecką, żydowską dzielnicę handlową pełną niegdyś straganów i zakładów przemysłowych. W jej rolę wcieliła się sąsiadująca z Błoniami oraz otaczająca Stare Miasto ulica Podwale, na jedną noc zamieniona w pracownię szycia. Symbolicznym momentem wkroczenia do krainy nici, igieł i nożyc było przejście ozdobionej długimi, wielobarwnymi wstążkami bramy. Tuż za nią wzdłuż ulicy ciągnął się przeskalowany centymetr krawiecki wyznaczający kierunek odkrywania tego zaskakującego różnorodnością świata. Dużym zainteresowaniem na trasie tzw. „wielkiej przymiarki”, jak określili ten odcinek organizatorzy imprezy, cieszyły się właśnie akcesoria krawieckie w formacie XXL. Gigantyczne nożyce, ogromna szpulka na nici, czy w końcu równie pokaźna agrafka to instalacje wywierające na uczestnikach wydarzenia wrażenie wprost proporcjonalne do ich zaprezentowanego podczas Nocy Kultury rozmiaru.
 Rozglądając się dookoła z łatwością mogliśmy też dostrzec pomysłowe, lecz często zadziwiające aranżacje wykonane z kieszeni, guzików, czy chociażby – co szczególnie interesujące, jednorazowych rękawiczek, którymi przyodziano wnęki ceglanego muru. Podziwianie tych wszystkich tekstur i tkanin od czasu do czasu przeszkodziła nam postać Szmaciarza - przechadzającej się krawieckim szlakiem szmacianej kukły, odwracającej uwagę od pozostałych atrakcji dość przysadzistą posturą, świecącymi, wyłupiastymi oczami, a w końcu unoszącymi się w powietrzu oparami ziół, jakimi instalacja ta, mająca z założenia nawiązywać do średniowiecznych lekarzy, była przesiąknięta. Jego obecność szczególnie przypadła do gustu najmłodszym uczestnikom wydarzenia, gdyż to właśnie w maluchach ów nietuzinkowy stwór budził szczególną ekscytację. Postać Szmaciarza nie była jednak jedyną napotkaną na odtworzonej ulicy Krawieckiej rozrywką dla dzieci. Wielką frajdę najmłodszym gościom imprezy przyniosły także ułożone przy murze Gąbczaste Organelle, czyli pocięte na kawałki kolorowe gąbki. Co ciekawe, jeszcze przed rozpoczęciem Nocy Kultury,  a więc zanim maluchy zdążyły na dobre przejąć władzę nad instalacją, również dorośli odnaleźli w niej niemałą uciechę. Skakanie z rozpędu w stertę wielobarwnych gąbek czy mozolne zagrzebywanie się w konstrukcji to tylko niektóre spośród aktywności podejmowanych przez starszych uczestników festiwalu. 
Noc Kultury to wydarzenie, w którego przygotowaniu biorą udział nie tylko organizatorzy i artyści, ale też mieszkańcy miasta. Jednym ze wspólnie zrealizowanych projektów tegorocznej edycji imprezy była „Krawatostkada” – spływająca ze skarpy kaskada stworzona z tysięcy krawatów przyniesionych przez Lublinian na urządzoną przez Warsztaty Kultury zbiórkę. Akcja ta, oprócz zebrania odpowiedniej ilości krawatów, miała również na celu poznanie historii z nimi związanych. Każdy element instalacji niósł zatem za sobą konkretne wspomnienie.
Jak na pełen magii festiwal przystało, artystycznych obiektów nie mogło zabraknąć nie tylko na ziemi, ale także na niebie. Atrakcją, którą na szlaku krawieckim mogliśmy podziwiać zadzierając wysoko głowy były stworzone z włóczki kolorowe mandale. Te wyjątkowe instalacje rozjaśniały i urozmaicały przestrzeń, czyniąc trasę „wielkiej przymiarki” jeszcze bardziej hipnotyzującą.   
Elementem urealniającym przywrócenie do życia ulicy Krawieckiej było rozmieszczenie na trasie starych fotografii przedstawiających jej fragmenty. To właśnie ów zabieg nadał ostateczny charakter szlaku, podkreślając pamięć o tej dawnej dzielnicy handlowej oraz jej wartość zarówno dla przedwojennego, jak  i obecnego Lublina.
Niestety, przebrana ulica Podwale przyniosła też wielkie rozczarowanie. Chodzi mianowicie o umieszczenie na murze różowego futra stanowiącego tło do zdjęć dla rzeszy uczestników wydarzenia. Szczerze powiedziawszy to naprawdę trudno jest mi pojąć, jak wśród tylu wymienionych (a ilu dotąd niewymienionych!) fantastycznych instalacji – przeskalowanych akcesoriów krawieckich, maszyn do szycia, czy zjawiskowej, „uszytej” z porcelany sukienki, mogło znaleźć się coś tak koszmarnie kiczowatego i przytłaczającego przestrzeń. Najbardziej jednak poruszającym jest fakt ogromnego zainteresowania, jakim ów obiekt cieszył się przez całą noc. I tak, rozumiem, że każdy ma inne gusta, ale nikt mi nie wmówi, że różowe futro prezentowane podczas Nocy KULTURY ma cokolwiek z ową kulturą wspólnego.
Opuszczając główną atrakcję tegorocznej edycji festiwalu mieliśmy jeszcze przed sobą całe spektrum wydarzeń, w których mogliśmy uczestniczyć. Ciekawymi i na pewno godnymi zauważenia były instalacje znajdujące się przy, a nawet nad ulicą Rybną. Zawisły tam bowiem kolorowe lampiony w kształcie… ryb! Kto by się spodziewał?! :) Trzeba jednak przyznać, że „pływające” pomiędzy okolicznymi kamienicami wodne stworzenia, za które odpowiadał Jarosław Koziara, kryły wiele uroku, subtelnie wkomponowując się w miejski krajobraz.  Nie był to jednak jedyny zwierzęcy akcent na tegorocznej odsłonie Nocy Kultury. Kolejnym okazały się bowiem „Opowieści z Niebomorza” – przedstawienie teatralne w reżyserii Daniela Arbaczewskiego oraz muzyką Bogusława Byrskiego odbywające się na placu przed dawną siedzibą Teatru Andersena. To właśnie tam lampiony ptaków i ryb zabrały nas na wycieczkę  w dalekie przestworza.
Ciekawym pomysłem okazały się także instalacje widniejące w lubelskich bramach. Bramę ku Farze na jedną noc zamieniono na przykład w prawdziwy, pobudzający zmysły ogród. Przenikający się nawzajem zapach tymianku, melisy i wielu innych ziół powodował zawroty głowy, przez natłok wrażeń wprawiając nasze nozdrza w stan lekkiego otępienia.
Jako że naprawdę nie sposób zobaczyć, wymienić i opisać wszystkich niemal dwustu fantastycznych wydarzeń składających się na tegoroczny program festiwalu (szczególnie, że niektóre z nich, jak choćby tłumnie oblegany spektakl Leszka Mądzika zatytułowany „Warstwy”, z całą pewnością zasługują na odrębne teksty) na zakończenie wspomnę  jeszcze tylko o trzech bardzo ważnych kwestiach związanych z festiwalem. Primo - wstęp na wszystkie atrakcje jest bezpłatny. Czasem trzeba jedynie pamiętać o konieczności zarezerwowania sobie wcześniej wejściówek na niektóre wydarzenia, lecz wejściówki te również są darmowe. Secundo – podczas trwania festiwalu wszystkie lubelskie muzea stoją przed nami otworem i do nich także możemy udać się tej nocy bez wykupionego biletu wstępu. Tertio – rokrocznie na czas imprezy organizowany jest wolontariat do którego można się zgłosić wypełniając krótki formularz pochodzący z oficjalnej strony wydarzenia (KLIKNIJ).
  Podsumowując, kto jeszcze nie był na Nocy Kultury – ten być musi. Kto zaś już na niej gościł – na pewno tam wróci. Lublin, do zobaczenia!


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Amsterdam koloru pomarańczowego

Amsterdam koloru pomarańczowego

Koningsdag 2017, kolor pomarańczowy to narodowy kolor Holandii, urodziny holenderskiego króla, zabawa w Holandii, co to jest dzień króla, co to jest koningsdag, 27 kwietnia


(Bagatela!) Dwa miesiące temu odbył się w Holandii kolejny Dzień Króla. I tu uwaga, kolejna bagatela, moje jestestwo na nim nie zagościło. Dlaczego więc już na wstępie, przy pierwszym poście na blogu rzucam sobie kłody pod nogi i zaczynam od wydarzenia, w którym nie uczestniczyłam? Otóż odpowiedź jest banalnie prosta - byłam na jego zeszłorocznej odsłonie. Krótko mówiąc - tekst, który za chwilę ukaże się Twoim oczom powstał już ponad rok temu i właśnie teraz uznałam, że jest to absolutnie ostatni moment, by pokazać go światu. Pokazać, nim z tego swojego ponad rocznego już dojrzewania do publikacji stanie się tekstem przejrzałym. Tym oto sposobem (bagatela, ciut przeterminowanym) felietonem uroczyście otwieram tę stronę i z tego miejsca (notabene, niezbyt wysublimowanego, bo to jednak tylko styrana życiem kanapa) zapraszam do lektury. Enjoy!





*****
Koningsdag, a więc obchodzony corocznie 27 kwietnia Dzień Króla dobitnie tłumaczy, dlaczego marihuana jest w kraju tulipanów zalegalizowana. Świeżemu umysłowi ciężko byłoby bowiem przejść przez wszystko to, co dzieje się wówczas w stolicy Niderlandów bez doznania traumy, a przynajmniej poważnego szoku. Z drugiej strony patrząc – gdyby nie dostępne wokoło środki odurzające, tego dnia (najwyraźniej) nie mogłoby być mowy o żadnej imprezie. Perspektywa do wyboru.

Na pierwszy rzut oka całe to dziwaczne przedsięwzięcie wygląda jak jeden wielki bal przebierańców. Uśmiechnięci ludzie tłumnie przechadzający się, wyłączonymi z ruchu, głównymi ulicami Amsterdamu, wszyscy, wedle tradycji, ubrani na pomarańczowo – pomarańczowe koszulki, spodnie, okulary, ledwie zakrywające tyłek spódniczki, opaski, kapelusze, rogi, wisiorki, peruki, a może nawet majtki i skarpetki. Jeśli ktoś niefortunnie zapomniał zaopatrzyć się w jakiś dodatek w narodowym kolorze Holandii, zawsze mógł liczyć na stojące gdzieniegdzie biało - pomarańczowe słupki ostrzegawcze, z powodzeniem służące za nakrycie głowy. Ze względu na barwę swojego roboczego ubioru, w panujący tu klimat idealnie wpisaliby się też panowie ze służb porządkowych, którzy swoimi strojami zrobiliby prawdziwą furorę. Nie wiedzieć jednak czemu, tego dnia, w oczy bijące pomarańczowe kombinezony zastąpiono zielonymi koszulkami.

Oprócz wszechobecnych pomarańczowych ciuchów i równie wszechobecnych do nich pomarańczowych akcesoriów, nie mogło zabraknąć tu także pomarańczowych balonów czy innych tego rodzaju elementów wystroju. Wszystko to stanowiło tło dla odbywających się tu dosłownie na każdym rogu koncertów – od pokazu grania na afrykańskich bębnach, przez występy propagujących ideologię gender panów przebranych za panie (welcome in Holland), aż po dające nieźle popalić techno. Ten podrabiany Woodstock był o tyle męczący dla uszu, że muzyka (tak współczesna, aż do ogłuchnięcia) nakładała się na siebie, tworząc mieszankę niemal niemożliwą do zdzierżenia. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie te, dość przyjazne z początku okoliczności, ktoś o zdrowych zmysłach pomyślałby sobie zapewne, że trafił na familijną (przymknijmy oko na ledwie zakryte tyłki), gromadzącą całe rodziny imprezę. No dobra, to gdzie są dzieci? Właśnie…

Holendrzy to bardzo otwarci ludzie. Otwarcie witają się ze sobą na ulicy, otwarcie korzystają z usług pań z dzielnicy czerwonych latarni, a także równie otwarcie opowiadają o swoim, patetycznie mówiąc, życiu na krawędzi, czyli powiedzmy „przygodach” z prawem. Dzień Króla rzuca jednak na tę sławetną holenderską otwartość nowe światło. Przede wszystkim, impreza ta jest sowicie, podkreślam, sowicie zakrapiana alkoholem. Niemal przy każdej ulicy czyha na nas stoisko z Heinekenem oraz podobnymi trunkami. Nietrudno sobie więc wyobrazić, że po pierwszych kilku godzinach Amsterdam zamienia się w krainę płynącą nie mlekiem i miodem, a raczej piwem i wódką. Świętujący nie tylko ochoczo, bez żadnego skrępowania, wlewają w siebie coraz to większe ilości alkoholu (i to na środku ulicy, oczywiście, prosto z gwinta), ale też, w szale tańców i śpiewów, rozlewają go, gdzie popadnie. W takim, chciałoby się rzec, „rauszowym” klimacie, bez trudu można też zarobić z łokcia przy próbie przeciśnięcia się przez rozentuzjazmowany tłum. Żeby tego było mało, gdy już wywalczyliśmy jakimś cudem trzy milimetry chodnika do swojej chwilowej dyspozycji, po pochyleniu głowy naszym oczom ukazywały się, oprócz stosu puszek po piwie i mnóstwa najróżniejszych papierków, takie kąski jak chociażby tabletki ecstasy. Krótko rzecz ujmując - istny raj dla narkomanów! Co jednak w przypadku, gdy zgromadzonym tu licznie miłośnikom dobrych, „wciąganych” wrażeń skończył się towar? Nie, nie, oni wcale nie pakowali swoich mocno chwiejących się, eufemistycznie mówiąc - wyswobodzonych z codziennej formy jestestw do najbliższego środka transportu, tylko udawali się do dzielnicy czerwonych latarni, gdzie pomocną dłoń wyciągali doń miejscowi dilerzy. Jak wiadomo, na przyjaciołach zawsze można polegać, a ci drapiący się jednoznacznie po nosach jegomoście stojący zaraz obok roznegliżowanych pań (notabene, wcale nie próżnujących i chętnie otwierających drzwi przed ubranymi na pomarańczowo delikwentami) nigdy nie zostawią człowieka w potrzebie. Co najwyżej zostawią go bez pieniędzy.

Ciekawą sprawą jest fakt, że 27 kwietnia poza możliwością zakupienia na każdym kroku używek, na tutejszych i istniejących tylko tego dnia straganach nabędziemy również najrozmaitsze (w zdecydowanej większości przypadków używane) rzeczy codziennego użytku. Tego dnia mogą bowiem handlować wszyscy, bez posiadania potrzebnych zwykle zezwoleń. Niestety, wiele przedmiotów, które nie znalazły swoich nabywców pod koniec dnia lądują na chodniku wśród śmieci. Przechadzając się wieczorem ulicami Amsterdamu odnajdziemy zatem nie tylko porozrzucane żarówki czy zabawki dla dzieci, ale też, co jest szczególnie przykre – niechciane przez nikogo książki. I wśród tych wszystkich chwiejących się i przewracających w drodze do domu ludzi tylko porzuconych książek żal.

Copyright © 2016 Osiemnasta Osiemnaście , Blogger